Home » Akcje »

MICHAEL REEVES GOLDFISH TRADING WYJAŚNIONY

Kiedy fraza „Michael Reeves goldfish” zaczęła przewijać się na YouTube, X i w finansowych memach, większości brzmiało to jak jednorazowy żart: chaotyczny programista, który pozwala małej złotej rybce YOLO-handlować prawdziwymi akcjami. Po bliższym przyjrzeniu okazało się jednak, że ten projekt to dużo więcej niż tylko tytuł do klikania. To krzyżówka streamingu na żywo, algorytmicznego tradingu, finansów behawioralnych i dość mrocznego humoru technologicznego, zbudowana na całkiem poważnym kodzie i prawdziwym broker API. W tym tekście, pisanym z myślą o polskim odbiorcy, przyjrzymy się temu, kim jest Michael Reeves, jak naprawdę działał jego „goldfish bot”, oraz jakich wniosków o przypadku, ryzyku i zachowaniu inwestorów może dostarczyć eksperyment, w którym to rybka zostaje na chwilę najgłośniejszym „zarządzającym portfelem” internetu.

Kim jest Michael Reeves


Żeby zrozumieć fenomen hasła „Michael Reeves goldfish”, trzeba zacząć od samego człowieka stojącego za akwarium. Michael Reeves zaczynał jako programista, a dopiero później stał się pełnoetatowym twórcą internetowym. Nie budował kariery na gładkich prezentacjach korporacyjnych ani kolejnych „frameworkach do zwiększania produktywności”. Zamiast tego postawił na projekty, które wyglądają jak połączenie hackathonu, kabaretu i laboratorium elektroniki po niewielkiej katastrofie. Korzysta z prawdziwego kodu, prawdziwych czujników, kamer i API – tylko po to, żeby zbudować coś, czego żaden rozsądny dział produktowy nigdy by nie zaakceptował.


Jego pierwsze filmy w teorii były „tutorialami programowania”, ale w praktyce przypominały raczej stand-up dla nerdów. Montaż jest szybki, żarty autoironiczne, a pośrodku tego pozornego chaosu powstaje zaskakująco solidny, działający kod. Z tych składników powstają roboty-„chirurdzy”, których nikt nie wpuściłby na salę operacyjną, boty z laserami, a ostatecznie również system, w którym złota rybka wydaje się decydować o tym, jakie transakcje trafią na rachunek maklerski. Dla publiczności, która tak samo dobrze czuje się na GitHubie, jak na subreddicie o memach giełdowych, to idealne połączenie fachowości i kompletnego szaleństwa.


W świecie, w którym wielu „tech-influencerów” stara się pozować na poważnych przewodników po drodze do „wolności finansowej”, Reeves idzie w przeciwną stronę. Nie udaje doradcy inwestycyjnego, nie próbuje sprzedać „tajnej strategii”. Cały klimat jego filmów działa wręcz jak żywy disclaimer: „nie róbcie tego ze swoimi oszczędnościami”. Eksperyment z goldfishem nie jest próbą pokazania niezawodnego systemu, lecz demonstracją tego, jak daleko da się popchnąć połączenie nowoczesnych narzędzi brokerskich, prostego computer vision i kultury memów, zanim ktoś od compliance zacząłby bardzo się pocić.


Jego publiczność to mieszanka, którą łatwo sobie wyobrazić również w Polsce. To programiści piszący w Javie, Pythonie czy C#, którzy po pracy lubią rzucić okiem na wykres sWIG80 albo NASDAQ; studenci informatyki bawiący się pierwszymi botami inwestycyjnymi; indywidualni inwestorzy, którym zdarza się cytować memy o „apes together strong”; i wreszcie widzowie, którzy po prostu uwielbiają patrzeć, jak ktoś z dużą wiedzą robi coś z pozoru bezużytecznego, ale technologicznie imponującego. To grupa, która zna zarówno powagę sprawozdań finansowych, jak i absurd wątków na Twitterze o „kolejnym GameStopie”. Nic dziwnego, że pomysł, iż złota rybka może w krótkim okresie nie odstawać od części ludzkich traderów, trafia jednocześnie w nerw i w poczucie humoru.


Reeves jest też częścią generacji streamerów, którzy żyją właściwie non stop online. Pomysł rzucony żartem na live, w normalnej firmie skończyłby w koszu, ale u niego szybko zamienia się w projekt z budżetem, sprzętem i harmonogramem. Zdanie typu „wyobraźcie sobie, że rybka wybiera mi inwestycje” w wielu sytuacjach pozostałoby anegdotą z imprezy. U Reevesa po kilku tygodniach oznacza akwarium pełne kabli, kamerę na statywie, komputer do przetwarzania obrazu i konto maklerskie spięte z tym wszystkim przez API. Ta krótka droga od żartu do prototypu jest jednym z powodów, dla których eksperyment w ogóle zaistniał.


Dlaczego złota rybka jest idealnym „traderem”


Wybór akurat złotej rybki jako „inwestora” nie był przypadkowy. To uniwersalny symbol – niewielkie, jaskrawe zwierzę, które niemal każdy kojarzy z domowego akwarium. Do tego dochodzi popularny mem o rzekomo krótkiej pamięci fishka, który czyni z niej idealne wcielenie czystego przypadku. Nie ma planu finansowego, nie czyta rekomendacji analityków, nie przejmuje się inflacją ani stopami procentowymi. Po prostu pływa. Zderzenie takiego bohatera z realnym rachunkiem maklerskim jest już samo w sobie komentarzem do tego, jak bardzo lubimy przeceniać własną „strategię” w krótkim terminie.


Od strony produkcyjnej złota rybka też jest sensownym wyborem. Porusza się wystarczająco dużo, żeby kadr był dynamiczny, ale nie tak szybko, by zwykła kamera i prosty algorytm śledzący nie były w stanie nadążyć. Akwarium da się wygodnie oświetlić, kamerę można zostawić w stałej pozycji, a na obraz nałożyć wirtualny interfejs z polami, napisami „BUY/SELL” i podglądem rachunku. Cały koncept „Michael Reeves goldfish” opiera się na tej mieszance chaosu i kontroli: ruchy rybki są nieprzewidywalne, ale sposób, w jaki są interpretowane przez kod, jest perfekcyjnie zdefiniowany.


Nie można też pominąć wpływu samej kultury internetu. Zwierzęta domowe od lat napędzają algorytmy – od kotów po psy i kapibary. Łączysz to ze światem finansów i powstaje treść idealna do wrzucenia w grupę na Messengerze czy Discordzie. Niewielu ludzi włącza dobrowolnie film o strukturze API brokera czy opóźnieniach w przesyle zleceń. Ale film, w którym złota rybka wpływa w zielone pole, na ekranie miga „BUY”, a po chwili realny rachunek zmienia saldo – to już inna historia. Taki format sprawia, że nawet ktoś, kto do tej pory kojarzył giełdę tylko z paskiem w TV, może intuicyjnie poczuć, że trading bywa dziwny.


Wszystko to dobrze pasuje do marki Reevesa: on celowo buduje rzeczy, które nigdy nie przejdą przez formalny komitet inwestycyjny. Z perspektywy polskiego widza przyzwyczajonego do raczej stonowanych reklam banków i domów maklerskich, widać tu sporą dozę szczerości. Nikt nie udaje, że to sposób na emeryturę. To raczej spektakl, który wykorzystuje technologię, żeby zadać niewygodne pytania o to, jak patrzymy na rynki, ryzyko i własne szczęście w inwestowaniu.


  • Michael Reeves łączy realne umiejętności programistyczne i hardware’owe z chaotycznym humorem, dzięki czemu trudne technicznie pomysły stają się zrozumiałe i zabawne.


  • Jego widzowie nie szukają „tipów giełdowych”, ale eksperymentów przesuwających granicę między „można” a „powinno się”.


  • Złota rybka symbolizuje czysty przypadek, co pozwala oswoić niewygodne pytanie, na ile nasze własne wyniki są kwestią szczęścia.


  • Obecność zwierzęcia w roli głównej sprawia, że rozmowa o algotradingu, API i ryzyku przenika do świata memów i virali, zamiast zostać w wąskiej bańce specjalistów.


  • Traktowanie „Michael Reeves goldfish” jako performance’u, a nie strategii inwestycyjnej, pomaga zachować zdrowy dystans do ryzyka i własnych umiejętności na rynku.



Podsumowując, kiedy „Michael Reeves goldfish” trafił do rekomendacji YouTube’a, wszystkie cegiełki były już na miejscu: twórca skłonny do ryzykownych żartów, publiczność łącząca świat kodu z wykresami oraz internet, który nadal kocha zwierzęta w absurdalnych sytuacjach. Z tego połączenia powstał projekt, który nie jest tylko jednorazowym wybrykiem, lecz logiczną kontynuacją kariery budowanej na pytaniu „co się stanie, jeśli najgłupszy pomysł potraktujemy ekstremalnie profesjonalnie?” Tym razem odpowiedź brzmiała: damy złotej rybce dostęp do rynku, o którym wielu ludzi w Polsce i na świecie może co najwyżej czytać – i zobaczymy, co się wydarzy.


Jak działa goldfish bot


Jeśli zatrzymać się na poziomie nagłówka, historia brzmi prosto: kamera patrzy na akwarium, rybka pływa w różne kolorowe pola na ekranie, a system składa zlecenia na prawdziwym rachunku. Technicznie pod spodem kryje się jednak całkiem starannie zbudowana architektura, która spokojnie mogłaby stać się szkieletem „prawdziwego” bota. Setup „Michael Reeves goldfish” składa się z kilku etapów: przechwytywania obrazu, lokalizacji rybki, mapowania jej pozycji na siatkę decyzji, nałożenia reguł ryzyka i komunikacji z API brokera, który rozumie już konkretne komendy kupna i sprzedaży.


Zacznijmy od strony fizycznej. Kamera stoi nieruchomo naprzeciwko akwarium – niczym monitoring niewielkiego zbiornika z jednym lokatorem. W oprogramowaniu Reeves nakłada na ten obraz wirtualną siatkę – grid złożony z wierszy i kolumn. Każda kolumna może odpowiadać innemu instrumentowi finansowemu: przykładowo, jedna to globalny ETF akcyjny, druga to duża spółka technologiczna, trzecia to bardziej ryzykowny walor dla podkręcenia emocji. W pionie można z kolei przypisać znaczenie „KUP”, „TRZYMAJ” oraz „SPRZEDAJ”. Pozycja rybki w tym gridzie przekłada się więc na wybór instrumentu i rodzaju akcji.


Kolejna warstwa to computer vision, czyli rozpoznawanie tego, co widać na kamerze. Zamiast oczu człowieka, który musiałby śledzić rybkę non stop, robi to algorytm. Każda klatka wideo jest analizowana: skrypt szuka obszaru o charakterystycznym kolorze i kształcie oraz śledzi jego ruch między kolejnymi klatkami. Tło, roślinki i dekoracje są ignorowane – liczy się tylko ten jeden obiekt, który porusza się w szkle. Nie potrzeba do tego sieci neuronowych na serwerowni; wystarczą sprytne filtry i biblioteki, które od lat są dostępne w open source. Kluczowe jest to, że na końcu dostajemy coś bardzo prostego: współrzędne x i y rybki w każdej chwili.


Mając współrzędne, można przejść do logiki decyzyjnej. Program sprawdza, w której „krateczce” wirtualnej siatki znajduje się rybka. Jeśli to kolumna przypisana do konkretnego ETF-u i wiersz „KUP”, system od razu wie, że wygenerował się sygnał zakupu. Jeśli rybka przesuwa się niżej do wiersza „SPRZEDAJ”, pojawia się sygnał sprzedaży części lub całości pozycji. Jeśli pływa w pasie neutralnym, kod nie robi nic. Z pozornie chaotycznego ruchu powstaje zestaw dość jednoznacznych, dyskretnych komend.


Od ruchu rybki do rzeczywistej transakcji


Gdyby na tym zakończyć, system zamieniłby każde drgnięcie ogona w nowy trade, a historia rachunku po kilku godzinach wyglądałaby jak losowo zapełniony log. Dlatego kolejnym elementem jest filtracja sygnałów i zarządzanie ryzykiem. Prosta, ale skuteczna reguła to wymóg, by rybka utrzymała się w danym polu przez określoną liczbę klatek z rzędu. Dzięki temu krótkie skoki i błędy odczytu pozycji nie przekładają się od razu na zlecenie. Do tego dochodzą limity częstotliwości: na przykład maksymalnie jedna nowa transakcja w określonym przedziale czasu, aby zapobiec „handlowi paniki” generowanemu przez wyjątkowo ruchliwe zwierzątko.


Dalej pojawia się temat wielkości pozycji. Nawet w eksperymencie nikt nie ma ochoty patrzeć, jak jedna ryzykowna decyzja wyczerpuje cały kapitał. Kod może więc narzucać limity – maksymalny procent środków w jednym instrumencie, maksymalny udział pojedynczej transakcji w portfelu, a nawet maksymalny łączny poziom ekspozycji na klasę aktywów. Dzięki temu nawet ciąg niefortunnych ruchów rybki nie jest w stanie „wyzerować” konta, przynajmniej nie od razu. To rozwiązania bliźniaczo podobne do tych, które stosują realne systemy algorytmiczne, od prostych botów detalicznych po bardziej zaawansowane narzędzia funduszy.


Kiedy sygnał przejdzie przez wszystkie filtry, pora przetłumaczyć go na język, który rozumie broker. Tutaj do gry wchodzą API. Wielu współczesnych brokerów oferuje interfejsy pozwalające programom, po odpowiednim uwierzytelnieniu, wysyłać zlecenia i pobierać dane o rachunku. Goldfish bot zestawia więc paczkę parametrów: ticker instrumentu, kierunek transakcji (kupno lub sprzedaż), ilość, rodzaj zlecenia (np. market, limit) i przekazuje je do punktu końcowego API. Po stronie brokera, jeśli wszystko jest poprawnie podpisane i mieści się w regulaminowych ograniczeniach, zlecenie trafia do systemu giełdowego jak każde inne.


Z punktu widzenia rynku takie zlecenie nie różni się od milionów pozostałych. W arkuszu zleceń giełdy widnieje po prostu polecenie kupna lub sprzedaży z konkretnego konta, na konkretny wolumen. Nikt w infrastrukturze nie zadaje sobie pytania, czy źródłem decyzji był makler przy biurku w Warszawie, aplikacja na smartfonie w Krakowie, czy kamera obserwująca złotą rybkę. System widzi wyłącznie przychodzące komendy – i na nie reaguje. Ta ślepota rynku na „historię w tle” jest zresztą jednym z ciekawszych, choć rzadko omawianych aspektów eksperymentu.


Na koniec pozostaje warstwa „show”, czyli sposób, w jaki cały mechanizm prezentuje się widzom. Na obrazie z kamery pojawia się overlay z zaznaczonym gridem, podpisami instrumentów, kolorami akcji (zielony – kupno, czerwony – sprzedaż) oraz podglądem wyniku na rachunku. Za każdym razem, gdy rybka „wywoła” zlecenie, coś na ekranie się zmienia – miga tekst, pojawia się dźwięk, słupki zysków i strat drgną. Dzięki temu eksperyment staje się rodzajem widowiska sportowego: można kibicować rybce, śmiać się z jej „decyzji” i jednocześnie śledzić liczby, które w normalnych warunkach pojawiłyby się w aplikacji maklerskiej.


Jeśli rozłożyć goldfish bota na czynniki pierwsze, widać, że jest wariacją na temat klasycznego schematu: dane wejściowe → logika → zarządzanie ryzykiem → wykonanie. Jedyna naprawdę niezwykła rzecz to rodzaj danych wejściowych – zamiast wykresów cenowych, wolumenów czy wskaźników, mamy ruchy zwierzęcia w szkle. Struktura, która owija tę losowość, jest jednak bardzo podobna do tego, jak faktycznie buduje się wiele systemów inwestycyjnych, zarówno tych prostych w arkuszu kalkulacyjnym, jak i tych uruchamianych na serwerach domów inwestycyjnych.


  • Akwarium staje się interaktywną „mapą decyzji” dzięki nałożeniu siatki z przypisanymi instrumentami i akcjami (kupno, sprzedaż, brak ruchu).


  • Computer vision zamienia obraz z kamery w proste współrzędne rybki, odpowiednio filtrując tło, dekoracje i szum.


  • Reguły zarządzania ryzykiem ograniczają częstotliwość transakcji, wielkość pozycji i sumaryczną ekspozycję, by eksperyment nie wymknął się finansowo spod kontroli.


  • API brokera zamienia abstrakcyjne „wejście w strefę” na konkretne zlecenie w systemie giełdowym, identyczne z tymi składanymi przez ludzi.


  • Interfejs z overlayem i statystykami robi z całości nie tylko eksperyment techniczny, lecz także formę interaktywnej rozrywki, która uczy przez podglądanie liczb w ruchu.



Z daleka łatwo to wszystko zbyć wzruszeniem ramion: „ot, ktoś zrobił sobie żart, że rybka handluje akcjami”. Z bliska okazuje się, że żart jest zaskakująco dobrym modelem, pokazującym w pigułce, jak działają algorytmiczne systemy transakcyjne. Strumień danych staje się sygnałem, sygnał przechodzi przez filtr ryzyka, na końcu wysyłane jest zlecenie. To, że w tym konkretnym przypadku sygnał pochodzi ze złotej rybki, a nie z fundamentów spółki czy analizy technicznej, sprawia, że cały proces staje się przejrzysty – widać strukturę, bez zasłony w postaci skomplikowanego żargonu.


MIchael Reeves

MIchael Reeves

Co to mówi o rynku


Gdy pierwsza fala śmiechu opada, a algorytmy rekomendacji przesuwają się na kolejne filmiki, „Michael Reeves goldfish” zostawia po sobie pytanie, które trudno zignorować: skoro złota rybka, zamknięta w zestawie sensownych reguł, potrafi „wyprodukować” wykres portfela, który od czasu do czasu wygląda zupełnie przyzwoicie, to ile naszych własnych krótkoterminowych sukcesów też wynika z losowości, pod którą dopiero później podkładamy narrację o „skillach”? Dla polskich inwestorów indywidualnych, którzy żonglują między WIG-iem, rynkami zagranicznymi a czasem kryptowalutami, to więcej niż teoretyczne rozważanie.


Finanse behawioralne od lat opisują, jak bardzo przeceniamy własne możliwości. Kilka udanych inwestycji pod rząd wystarczy, by uznać, że „zaczynamy rozumieć rynek”. Straty z kolei chętnie zrzucamy na „zły news”, „panikę na rynku” albo „grających na spadki”. Eksperyment z goldfishem brutalnie odcina możliwość tłumaczenia wyniku skomplikowaną analizą – wiadomo, że sygnał decyzyjny jest przypadkiem. A mimo to wykres rachunku w krótkich odcinkach bywa bardzo podobny do tych, które ludzie wrzucają na fora, by pochwalić się skuteczną strategią.


Fluktuacje, przypadek i portfele memów


W realnym świecie oddzielenie fluktuacji wynikających z przypadkowych zdarzeń od efektów realnej przewagi jest niezwykle trudne. Zwłaszcza w krótkim terminie. Dla day tradera handlującego na amerykańskich spółkach technologicznych albo osobie bawiącej się kontraktami czy instrumentami lewarowanymi, jeden tweet, konferencja banku centralnego czy nagły komunikat spółki mogą całkowicie odwrócić obraz dnia. A jednak wielu inwestorów – także w Polsce – patrząc na historię swoich transakcji, lubi widzieć w niej potwierdzenie „dobrego wyczucia” albo „sprawdzonej metody”, nawet jeśli statystycznie to wciąż bardzo mała próba.


W ostatnich latach szczególnie wyraźnie widać to w kulturze tzw. meme stocks, czyli spółek czy tokenów windowanych głównie przez internetowy hype, a nie fundamentalne zmiany w biznesie. Mechanizm NLP-owo, choćby na polskim Twitterze finansowym, często jest podobny: nagły wysyp memów, wątków i „analiz” o danym walorze, zwiększony obrót, skoki kursu, a potem równie gwałtowne wytrzeźwienie. Kto wskoczył na falę wcześnie, łatwo może uwierzyć, że zrobił to dzięki ponadprzeciętnej intuicji. Kto się spóźnił – zostaje z pytaniem, czy nie lepiej byłoby rzucić monetą niż gonić za opowieściami.


Eksperyment „Michael Reeves goldfish” zestawia to zjawisko w drastycznie uproszczonej formie. Zamiast tłumaczyć każdą transakcję długim postem, wprost pokazuje: patrzcie, nawet jeśli sygnał jest losowy, a „decyzję” podejmuje zwierzę bez żadnej świadomości rynku, seria kilku udanych ruchów może wyglądać imponująco. I odwrotnie – ciąg przypadkowych „pomyłek” boli tak samo, jak wtedy, gdy za klawiaturą siedzi człowiek przekonany o własnym geniuszu.


To nie oznacza, że powinno się wyrzucić do kosza całą analizę fundamentalną czy techniczną. Na długim horyzoncie solidne podejście, dywersyfikacja i dyscyplina przeważnie robią różnicę. Goldfish przypomina jednak, że jeśli oceniamy swoje umiejętności wyłącznie na podstawie kilku tygodni czy miesięcy wyjątkowo sprzyjającego rynku, łatwo nam przypisać sobie zasługi, które w rzeczywistości należą do szczęścia. Mówiąc inaczej: jeśli złota rybka potrafi „mieć dobrą passę”, to człowiek też – i nie mówi to jeszcze nic o tym, czy ma trwałą przewagę.


  • Krótkoterminowe wyniki portfela często odzwierciedlają głównie warunki rynkowe i przypadek, a dopiero w dalszej kolejności faktyczną przewagę inwestora.


  • Mamy naturalną skłonność do tworzenia narracji wokół własnych zysków – nawet jeśli ich źródłem jest w dużej mierze losowość.


  • Portfele napędzane hype’em czy memami mogą w praktyce zachowywać się bardzo podobnie jak goldfish bot: dominuje zmienność i uwaga, nie fundamenty.


  • Najbardziej wartościową częścią eksperymentu nie jest sam sygnał rybki, lecz to, jak został obudowany regułami ryzyka, limitami pozycji i choćby minimalną dywersyfikacją.


  • Proste pytanie: „czy na pewno jestem lepszy od złotej rybki?” bywa zdrowszym testem ego niż przegląd własnych screenów z kilku udanych transakcji.



Nowy sposób mówienia o ryzyku


Kolejny ciekawy aspekt „Michael Reeves goldfish” to potencjał edukacyjny. W Polsce coraz więcej mówi się o inwestowaniu – od prostego odkładania w fundusze indeksowe po bardziej aktywne podejście do giełdy czy kryptowalut. Jednocześnie wciąż trudno jest jasno pokazać, czym tak naprawdę jest ryzyko, poza powtarzaniem formułek w stylu „inwestowanie wiąże się z możliwością utraty części lub całości kapitału”. Te słowa są ważne prawnie, ale rzadko zapadają w pamięć.


Goldfish robi to inaczej: zamiast suchego ostrzeżenia pokazuje historię rachunku, którym rządzi los. Widzowie mogą obserwować, jak saldo podskakuje po serii udanych transakcji, żeby potem równie gwałtownie się skorygować. Widać, jak w zależności od ustawionych reguł ryzyka krzywa jest bardziej „łagodna” lub przypomina rollercoaster. Nawet wiedząc, że to nie są ich pieniądze, ludzie często doświadczają przy tym miniaturowej wersji tych emocji, które towarzyszą im, gdy logują się do własnej aplikacji maklerskiej po trudnej sesji.


Taki eksperyment można bez trudu przełożyć na warunki bardziej „klasowe”. Zamiast prawdziwej rybki można użyć zwykłego generatora liczb losowych, rzutu kostką czy innego prostego mechanizmu. Uczestnicy – czy to studenci, czy członkowie kół inwestorskich – mogą zbudować kilka fikcyjnych portfeli, w których sygnały wejścia i wyjścia są całkowicie przypadkowe, ale zasady zarządzania ryzykiem różne. Jeden portfel działa w trybie „YOLO”, z dużymi, skoncentrowanymi pozycjami, drugi ma małe, równomierne transakcje i twarde limity strat, trzeci jest rozsądnie zdywersyfikowany. Po kilkudziesięciu „ruchach rybki” różnice w historii wyników są na ogół bardzo pouczające.


W ten sposób abstrakcyjne pojęcia jak zmienność, obsunięcie kapitału (drawdown) czy dywersyfikacja zaczynają mieć twarz i kształt. Zamiast suchego wykresu w raporcie można powiedzieć: „spójrzcie, tu jeden zły ruch z dużą pozycją wymazał lata sensownego budowania portfela”, albo „tu prosta zasada ograniczania wielkości transakcji sprawiła, że nawet seria gorszych strzałów nie zabiła portfela”. Dla kogoś, kto pracuje na etacie, spłaca kredyt mieszkaniowy i jednocześnie stara się odkładać w fundusze czy akcje, takie obrazowe przykłady bywają bardziej przekonujące niż najbardziej elegancki wzór.


Jest w tym też ogólniejszy wniosek: rynki zawsze będą zawierać element niepewności. Niezależnie od tego, czy inwestujemy głównie w globalne fundusze czy pojedyncze spółki z GPW, możemy trafić na okresy, w których wyniki wyglądają świetnie, a zaraz potem przychodzi korekta, która „oddaje” część zysków. Eksperyment z goldfishem, w swojej przesadzonej formie, pokazuje, że nawet jeśli na wejściu mamy czysty przypadek, odpowiednio dobrane zasady mogą sprawić, że system nie rozpadnie się po kilku gorszych dniach. To lekcja, którą da się przełożyć na zwykłe, nudne – i często skuteczniejsze – inwestowanie długoterminowe.


Dla polskich inwestorów główna puenta może być więc zaskakująco przyziemna: można śmiać się z filmów o złotej rybce, oglądać memy o „to the moon” i nawet przeznaczyć niewielką kwotę na własne, świadome eksperymenty. Ale trzon majątku, środki na przyszłość, nie powinny zależeć od humoru żadnej rybki – ani od jednej trafionej serii spekulacyjnych transakcji. Stabilne fundamenty w postaci dywersyfikacji, regularnego inwestowania i jasnych limitów ryzyka są ważniejsze niż to, czy przez miesiąc udało się „ograć rynek”.


Być może właśnie dlatego „Michael Reeves goldfish” tak dobrze się niesie po sieci. Na powierzchni to żart z rynków finansowych, na których zwierzę może na chwilę zostać bohaterem. Głębiej – to żart z nas samych i z tego, jak lubimy mylić szczęście z umiejętnościami. Złota rybka prawdopodobnie nie zapamięta swojego eksperymentu dłużej niż przez kilka sekund. My, którzy faktycznie ryzykujemy własne pieniądze, mamy powód, by pamiętać go nieco dłużej.


HANDLUJ AKCJAMI TERAZ